Skip to content

Outsiderzy czy współuczestnicy?

Myśląc nad różnymi poziomami partycypacji publicznej, pytając o uczestnictwo obywateli w życiu wspólnoty lokalnej chcę zastanowić się nad outsiderami. Kogo mam na myśli? Zacznę od przywołania historii, która stała się impulsem do poniższych uwag.

We wrześniu spędziłam tydzień na Litwie, gdzie miałam okazję współpracować z przedstawicielami instytucji publicznych, a także z pracownikami akademickimi, którzy pojawili się na warsztatach dotyczących dyplomacji kulturalnej. Temat warsztatów nie jest tutaj najważniejszy. Istotny jest fakt, że były one adresowane do osób posługujących się językiem polskim. Okazało się, że większość uczestników zna nasz język, chociaż nie ma polskich korzeni. Po prostu, język polski jest narzędziem pomocnym w pracy – niezbędnym chociażby w przypadku wykonywania zawodu historyka. Dodatkowo, fakt możliwośc i komunikowania się w tym języku stał się podstawą do edukacyjnego dialogu wykraczającego poza ramy przygotowanego programu.Zadziało się coś więcej, co nazwałabym uczestnictwem w procesie poznawania i rozumienia dwóch kultur, historycznie ze sobą związanych, a jednocześnie odmiennych i różniących się w perspektywie spojrzenia na wspólne dziedzictwo.

Wiele by o tym doświadczeniu pisać, a chcę skupić się na partycypacji. Co ma z nią wspólnego opisywane przeze mnie wydarzenie? Sprowokowało mnie ono do zadania pytania o warunki możliwości uczestnictwa w życiu wspólnoty lokalnej w Polsce tych, którzy mają cudzoziemskie korzenie bądź wywodzą się ze środowisk zachowujących kulturową odrębność. Czy ich można pominąć w namyśle nad modelami i praktyką partycypacji publicznej?

Oczywiście, dwie kwestie stają się tutaj bezdyskusyjne. Pierwszą z nich jest obywatelstwo – żaden  mieszkaniec dowolnego zakątka Polski posiadający polskie obywatelstwo nie napotyka na formalne przeszkody blokujące jego dostęp do współdecydowania o życiu wspólnoty. Drugą, jest co wydaje się już na pierwszy rzut oka logiczne, znajomość jezyka, umożliwiającego komunikację z pozostałymi członkami wspólnoty. Oba wymienione czynniki stanowią formalne warunki partycypacji. Zadanie pytania o to, czy są one wystarczające ma charakter retoryczny. Jasne jest bowiem, że podobnie, jak w przypadku rdzennych członków wspólnoty lokalnej, do uczestnictwa potrzeba czegoś więcej. Czym jest to „coś więcej” w przypadku, np. wietnamskiego małżeństwa z trójką dzieci w wieku szkolnym mieszkającego na osiedlu w podwarszawskim Pruszkowie?

Przede wszystkim, odpowiedzi szukałabym w sferze idei – tzn. w teoretycznie przyjętych założeniach polityki państwa zmierzającej do podniesienia poziomu partycypacji obywateli. Inaczej mówiąc, myśląc o włączeniu do uczestnictwa w życiu wspólnoty lokalnej, warto zastanowić się jaki model polityki wobec faktu wielokulturowego społeczeństwa przyjmujemy. Sądzę, że bez tej refleksji dążenie do aktywizacji i wzrostu poziomu realnej partycypacji wśród imigrantów nie nie może być mowy. Dyskusje na temat idei wielokulturowości w ramach UE i w USA są trwałym elementem społeczno-politycznego pejzażu tych obszarów i mam wrażenie, że zbyt wolno ich echa docierają do szerokiej publiki w naszym kraju. Zapewne po części wynika to z faktu, że postrzegamy samych siebie jako jednorodne kulturowo społeczeństwo (w czym pomaga lektura rozmaitych statystyk wskazujących na narodową, etniczną, czy religijną spójność naszego społeczeństwa), co niejako zwalnia z namysłu nad kwestią wielukulturowości. Lecz czy uleganie temu częściowo prawdziwemu stereotypowi – każdy kto rozgląda się po ulicach polskich miast widzi, że nabierają one coraz bardziej różnorodnego charakteru z uwagi na wyraźną obecność cudzoziemców, którzy u nas pracują – stanowi czynnik prorozwojowy? Być może brak refleksji w tej sferze okaże się brzemienny w skutkach, nie tylko w sferze progresu partycypacji obywatelskiej, ale i całego polskiego państwa. Dziwne, że mając historię tak mocno naznaczoną przez wielokulturowość, zdajemy się nie dostrzegać, że społeczeństwa monokulturowe przestają być jedynym aktualnie realizowanym modelem życia społecznego. I nie zmieniają tego żadne deklaracje ze strony uznanych autorytetów ogłaszających klęskę idei wielokulturowości, żeby przypomnieć chociażby słynnego Francisa Fukuyamę i jego esej pt. „Klęska wielokulturowości”. Stosunek do imigrantów, posiadających bądź nie, polskie korzenie, a także w rozmaitym stopniu wiedzę na temat naszej kultury oraz naszego języka to nie tylko kwestia wypełniania jakiś ideałów, które mają źródło w UE. To kwestia żywotnych interesów, których zdefiniowanie i zabezpieczenie może decydować o  rozwoju naszego kraju. Stąd niezwykle istotne jest pytanie, jak zareagujemy na obecność przybyszów z innego świata i czy zaproponujemy im jakąś wizję partycypacji w życiu lokalnych wspólnot.

Z jakiego rodzaju korzyściami możemy mieć do czynienia w przypadku pomyślnie realizowanej polityki wielokulturowości? Innymi słowy, na czym polega prorozwojowy potencjał wielokulturowości? I skąd wynika przekonanie, że  poszukiwanie najlepszego sposobu jego wcielenia winno stać się przedmiotem działania i troski twórców polityki oraz partycypacji publicznej?  W tym kontekście przywołam, Doskonale pokazują to autorzy wydanej przez Fundację Humaniora oraz British Council, książki pod redakcją Hanny Mamzer „Czy klęska wielokulturowości?”(Poznań, 2008). Obecny w tytule znak zapytania w założeniu autorów ma niejako bronić ideału wielokulturowości, a czytelnik znajdzie tutaj szereg interesujących analiz dotyczących teoretycznych założeń polityki wielokulturowości, jak i jej praktyki.

Udzielając zaś autorskiej odpowiedzi na postawione wyżej pytania, ponownie zwróciłabym się ku sferze idei – uznanie dla różnorodności społecznej nie powinno stać się celem samym w sobie, podobnie jak wielokulturowość nie stanowi sama w sobie wartości. Wartość pojawia się, gdy za ich sprawą osiągane są efekty służące rozwojowi danej społeczności. Z pewnością należą do nich pokój, bezpieczeństwo oraz duch zaufania i dialogu, stanowiące ramy dla przestrzeni, w którzej mogą żyć ludzie widzący w różnorodności nie zagrożenie, lecz intrygujący przejaw rzeczywistości, wzbogacający perspektywę ich myślenia i działania. Co przekłada się na możliwość osiągania wspólnych celów, a więc na współdziałanie, bez wyrzekania się własnej tożsamości – a to wynika z balansu pomiędzy gwarancjami ze strony państwa na rzecz ochrony odrębności danej społeczności( np. prawa do posługiwania się własnym językiem określonej mniejszości) a jej zobowiązaniami na rzecz całości wspólnoty( np. uznanie ze strony mniejszości dla wspólnych wartości społecznych, tj. sprawiedliwość, pluralizm, solidarność etc). Sądzę, że ów balans znacząco określa także stopień partycypacji obywateli w życiu lokalnych wspólnot, ponieważ zachowuje równowagę między indywidualnym rozwojem człowieka a jego działaniem na rzecz czegoś, co w starym, nie specjanie dziś modnym języku, nazywa się dobrem wspólnym.

Anna Siwek