Skip to content

Walczące słowa… Krzywdzące czyny

 

Refleksje na temat książki Judith Butler „Walczące słowa. Mowa nienawiści i polityka performatywu”, przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010

 

Niedawno ukazała się kolejna ważna książka jednej z najsłynniejszych amerykańskich filozofek społecznych Judith Butler. Walczące słowa to pozycja nie tylko ważna, ale też na polskiej scenie – prowokacyjna. Dlaczego? Bo ukazuje mechanizmy i stawia pytania, które w kontekście polskiej debaty publicznej okazują się niewygodne: o status cenzury obyczajowej w liberalnej demokracji, o granice wolności wypowiedzi, o status słów-etykiet, które potrafią ranić, wykluczać i niszczyć więzi społeczne równie skutecznie, jak inne akty przemocy. Określając takie słowa, będące jednocześnie postępowaniem przynoszącym komuś realną krzywdę autorka używa angielskiego idiomu excitable speech pochodzącego z prawniczego slangu. No cóż, polski język nie dorobił się jeszcze odpowiednika: sformułowanie „walczące słowa” nie do końca wyraża ideę przewodnią pracy – odsyła nas raczej do świata walki, rewolucji i politycznego zaangażowania. A chodzi o słowa realnie krzywdzące kogoś, czyli będące rodzajem działania.

 Butler zastanawia się, na ile wypowiadanie słów jest tożsame z działaniem i na czym w związku z tym polega odpowiedzialność za słowa wypowiadane w sferze publicznej? W amerykańskiej praktyce prawniczej od lat 80. zaczęto zwracać szczególną uwagę na rodzaj krzywdy, jaką może zadać mowa nienawiści o podłożu rasistowskim. Kluczowe okazuje się tutaj porównanie krzywdy wyrządzonej przez słowa do rany cielesnej. Jak to jest możliwe, że słowna napaść powoduje fizyczne symptomy, a język nie jest tylko i wyłącznie dodatkiem do aktu przemocy, ale jego niezbywalną częścią? Częścią tortury psychicznej, która umiejętnie stosowana prowadzi do nieodwracalnej degradacji[1]. „Czy nasza podatność na zranienie przez język nie wynika z tego, że to w jego ramach ustanawia się nasze bycie?” – funkcjonując w społeczeństwie jesteśmy ukształtowani przez język jaki nas otacza, jakim do nas zwracają się najbliżsi ludzie. Sami również po części odpowiadamy za to, w jaki sposób opisujemy naszą codzienność i zwracamy się do innych osób. Od tego zależy realna możliwość zrozumienia i porozumienia. Krótko mówiąc – aby być podmiotem, musimy móc być nazwani w języku.

Cała tkanka społecznego dyskursu opiera się na sprawczej mocy aktów mowy, które John L. Austin nazwał performatywami (od angielskiego terminu perform oznaczającego wykonywanie czegoś, spełnianie). Moc performatywu pozwala na zawarcie małżeństwa, nadanie imienia, złożenie zeznania. Akty mowy nie zawsze są skuteczne, mogą okazać się tylko spektaklem, zapożyczeniem, cytatem, co podkreślał już Austin. Jedyną gwarancją skuteczności jest zakorzenienie w społecznej konwencji, to historyczny i kulturowy kontekst sprawia, że akt performatywny jest realnym postępowaniem: złożona obietnica nas zobowiązuje, a przezwisko boli. „Ilekroć krzywdzące słowo kogoś rani […], dzieje się tak właśnie na wskutek akumulacji i maskowania jego siły. Kto wypowiada rasistowską obelgę, tym samym cytuje ją, a więc wchodzi w językową wspólnotę z historią jej używania” (s. 63). Konkluzja jest jednoznaczna: gdyby nie było rasizmu w Stanach Zjednoczonych – słowo „czarnuch” byłoby pozbawione siły rażenia.

Jak możemy z tym walczyć? Czy przytaczanie mowy nienawiści pozostaje niewinne i skuteczne ją neutralizuje? „Krytyczny i prawniczy dyskurs o mowie nienawiści sam w sobie jest ponowną inscenizacją jej działania” (s. 23) – twierdzi Butler i obala kolejny niebezpieczny stereotyp. Przytoczenie przykładów nadużyć – też jest użyciem – ponieważ granica między przytoczeniem (zakładającym dystans), a bezpośrednim użyciem jest prawie niezauważalna. Możemy się tylko zastanawiać, na ile jesteśmy w stanie zneutralizować działanie tej mowy, opatrując przytaczane sformułowania cudzysłowami.

Przedmiotem analizy są tutaj słowa, które ranią, mowa nienawiści, która nie pozostawia nikogo obojętnym. Ostrze polemiczne książki – jej prawdziwe ukryte żądło – skierowane jest raczej w stronę użytkowników mowy potocznej. To my, w życiu codziennym, nie zawsze świadomie praktykujemy słowną krzywdę, nie stronimy od upokarzających relacji wytwarzanych przez porno-grafię, lub używamy takich sformułowań jak „pedał”, „brudas”, „żółtek”. Słów, które nie tylko naznaczają, ale i wykluczają ze wspólnoty. Dlatego też, teoretycznie w prawie amerykańskim „walczące słowa” nie podlegają ochronie Pierwszej Poprawki, stojącej na straży wolności słowa. W praktyce – granica między mową nienawiści, traktowaną jako czyn a mową chronioną prawem do wolności słowa staje się trudno uchwytna i daje pole do negocjacji, o czym świadczą kolejne prawnicze precedensy. Wprawdzie w demokratycznym państwie szczycimy się wolnością słowa – ale też powinniśmy być dumni z jej „ograniczeń”, które potwierdzają tylko niezwykłą moc używanych przez nas słów.

Barbara Markowska


 


[1] W swojej pracy powołuje się na pionierską jeśli chodzi o badania nad mową nienawiści w  Stanach pracę Words that Wound. Critical Race Theory, Assaultive Speech, and the first Amendment, red. Mari J. Matsuda, Charles R. Lawrence III, Richard Delgado I Kimberle Williams Crenshaw, Westview Press, Boulder 1993.