Skip to content

O pożytkach z doświadczenia reporterów dla badaczy społecznych

Po lekturze książki Agnieszki Wójcińskiej, „Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 278.

Steinar Kvale w swoich podręcznikach dotyczących procesu badawczego opartego na wywiadzie socjologicznym wskazuje na różnice pomiędzy wywiadem badawczym a wywiadem terapeutycznym czy psychologicznym. Tkwią one głównie w celu ich przeprowadzania. O ile badacz szuka odpowiedzi na swoje pytania, szuka, być może, rozwiązania dla jakiegoś problemu społecznego, o tyle zadaniem terapeuty czy psychologa jest przede wszystkim pomóc osobie, która się do niego zgłosiła. Warto też zauważyć, iż badacz sam szuka osób, z którymi, jego zdaniem, powinien przeprowadzić rozmowy, a do terapeuty czy psychologa zwraca się jego klient. Jest zatem tak, że istotną różnicę między tymi wywiadami konstytuuje to, z czyjej inicjatywy dochodzi do rozmowy. Chcemy doskonalić nasz warsztat, dlatego też staramy się czerpać nową wiedzę i umiejętności z doświadczeń przedstawicieli innych „branż”.

Co wspólnego mają reporter i badacz społeczny? Wydaje się, że w podobny sposób przygotowujemy się do wyjścia w „teren”, czyli do realizacji badania lub reportażu. Stawiamy sobie cel, szukamy już dostępnych informacji w archiwach, bibliotekach, w Internecie. Potem rozmawiamy, obserwujemy, nagrywamy, notujemy, fotografujemy. Ogólnie rzecz biorąc, posługujemy się podobnymi technikami zbierania materiału, danych. Jak już zbierzemy, to analizujemy, opisujemy, interpretujemy – oczywiście każdy w swoim branżowym języku, używając innych pojęć, terminów. Cel naszych poszukiwań też, ogólnie rzecz biorąc, jest ten sam. Nie interesuje nas bowiem to, co widać, chcemy zajrzeć pod spód, dowiedzieć się czegoś więcej, chodzi o zrozumienie wydarzeń, motywacji kryjących się za konkretnym działaniem. Różni nas forma. Wyniki naszych poszukiwań przedstawiamy w innej postaci, kierujemy je do innego odbiorcy, publikujemy w innych mediach. Ale sam proces gromadzenia informacji, materiału pozostaje w zasadzie taki sam. Tak samo musimy sobie radzić z ludzkim cierpieniem, nieszczęściem, emocjami. Tylko opisujemy wszystko w inny sposób, każdy z nas używa swojego branżowego „slangu” i stara się sprostać „branżowym” wymaganiom. Skoro tak wiele nas łączy, warto przyjrzeć się doświadczeniom reporterów i zapytać, czego my, badacze społeczni, możemy się od nich nauczyć?

Zacznijmy od budowania relacji. Reporterzy podkreślają, jak niezwykle istotne jest zapewnienie rozmówcy poczucia bezpieczeństwa, stworzenie atmosfery, w której nie będzie czuł się zakłopotany, skrępowany. Angelika Kuźniak mówi: „Ludzie chcą rozmawiać. Jeśli umiemy słuchać, nie powinno być problemu. Często pozwalam bohaterowi opowiedzieć najpierw jego wersję historii. Dzięki temu czuje się bezpiecznie, bo wyrzucił z siebie to, na czym mu zależało” (s. 49-50), Irena Morawska: „Staram się, aby każdy z moich bohaterów (…) podczas rozmowy czuł się absolutnie bezpieczny. Tylko wtedy nasza rozmowa ma sens. Dla mnie bohater to pępek świata. (…) Kiedy bohater nie czuje presji, otwiera się, znikają lęki, które ma w sobie. Wówczas jest szansa, że opowie to, o co jemu chodzi, i to, o co nam chodzi – bo to nie zawsze przecież musi być zbieżne” (s. 192). Stworzenie przyjaznej atmosfery, dopasowanie się do rozmówcy to podstawa rozmowy dobrej dla obu stron. I to może brzmieć banalnie, ale jest niezwykle ważne. Oczywiście my badacze też sobie z tego doskonale zdajemy sprawę, mówimy przecież o aranżacji sytuacji wywiadu, ale czasem zdaje się nam to umykać. Musimy pamiętać, że to osoba, do której my się zwróciliśmy robi nam uprzejmość godząc się na rozmowę. Musimy więc uszanować jej czas i to, że nam go poświęca. I należy jej się za to wdzięczność, chociażby pod postacią tego, co Magdalena Grochowska nazywa zwykłą ludzką uwagą „wykraczającą poza przedmiot rozmowy” (s. 38). Nieraz powinniśmy zostać dłużej niż wymaga tego od nas wywiad, wysłuchać do końca, być może sami coś opowiedzieć.

Jeśli uda nam się dobrze zaaranżować sytuację wywiadu, będzie nam łatwiej zadawać nawet te najtrudniejsze pytania. A pytamy często o wydarzenia, o których nasi rozmówcy nigdy przedtem nie opowiadali, które łączą się z głębokimi emocjami. Nasze pytania mogę te emocje ponownie wywołać. Jak z tym sobie radzić? Co zrobić, gdy my sami z trudem powstrzymujemy emocje słuchając opowieści, które sami wywołaliśmy? Czasem osoby badane mogą nas irytować, denerwować. Innym razem ich historia może nas bardzo wzruszyć. Włodzimierz Nowak mówi, że szczere okazywanie emocji jest niezbędne podczas zbierania materiału. Podkreśla: „To musi być prawdziwa rozmowa, reporter nie może udawać. Trzeba cały czas myśleć i wiedzieć, po co się przyjechało, ale jeśli jest coś, co mnie wzrusza, to nie mogę tego ukrywać. To zakłamuje kontakt” (s. 130). Z drugiej strony, Wojciech Tochman zauważa, że okazywanie emocji jest dobre o tyle, o ile reporter nie okazuje ich w stopniu większym niż jego bohater: „Jeżeli coś mnie porusza, nie ukrywam tego. Ale nie mogę być bardziej poruszony od mojego rozmówcy. Jeżeli on nie płaczę, to ja tym bardziej nie mogę płakać. Byłoby w tym coś niestosownego. Nie raz, nie dwa, kiedy w Bośni staliśmy nad masowym grobem, musiałem powstrzymać emocje. Bo to nie jest moje cierpienie. Ono jest ich: matek, które szukają kości swych synów. One tam stały, miały kamienne twarze. Czy mnie wolno było stać obok nich i chlipać?” (s. 67).

My badacze wiemy, że zawsze musimy mieć z tyłu głowy cel naszej rozmowy. Nie możemy zapominać, dlaczego przyjechaliśmy, dlaczego wybraliśmy tę, a nie inną osobę do rozmowy. A przede wszystkim, musimy pamiętać, iż jesteśmy w danym miejscu po to, aby się dowiedzieć konkretnych rzeczy, a nie po to, aby pomagać. Dlatego też tak ważne jest jasne przedstawienie sprawy, wyraźne określenie granicy, wytłumaczenie celu wizyty. Witold Szabłowski określa to w następujący sposób: „Mam oczywiście ambicję, żeby bohaterowie mówili mi rzeczy ważne, głębokie, takie, o których nie wspomnieli innym, ale nie chcę doprowadzać ich do tego, że opowiedzą mi coś, czego będą potem żałować. Uważam, że relacja reporter-bohater powinna być oparta na jasnych zasadach. To człowiek, z którego żyjesz i jesteś mu od początku winna absolutną uczciwość” (s. 273). Wojciech Tochman z kolei podkreśla, że granice ról reportera i bohatera powinny być płynne, należy je przekraczać. „Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie wolno nikomu robić krzywdy i że należy się trzymać kilku nienaruszalnych reguł. W reportażu taką regułą jest fakt. (…) Ja często wychodzę z roli reportera. Ludzie widzą wtedy, że nie tylko o tekst mi chodzi, ale o bycie z nimi. Czują, że jest między nami jakaś solidarność. Nie ma w tym żadnej mojej zawodowej strategii, podstępu czy manipulacji emocjami. Jestem sobą, i tyle. To sprzyja relacji reporter-bohater. I sprzyja tekstowi, który wkrótce ma powstać” (s. 63). Badacz również powinien kierować się regułą „po pierwsze nie krzywdzić” i zastanowić się, zanim w swoim raporcie umieści jakąś informację, która, choć wydaje się interesująca, to z perspektywy problemu badawczego (czy społecznego) nie ma w zasadzie znaczenia, a może okazać się krzywdzącą dla „informatora”.

Emocje, które towarzyszą realizacji badania bądź gromadzeniu materiału do reportażu muszą znaleźć jakieś ujście. Skoro nie zawsze można sobie pozwolić na ich okazanie w trakcie rozmowy, niezbędny okazuje się jakiś wentyl bezpieczeństwa. Wydaje się, że poradzenie sobie z nimi staje się najbardziej efektywne, gdy pracujemy w zespole – redakcyjnym, badawczym. Reporterzy podkreślają, że po powrocie z „terenu” rozmowy z innymi reporterami im pomagają. W zespole można „przegadać” temat, zastanowić się, czy warto upubliczniać jakąś informację. Można przede wszystkim „wyrzucić” z siebie te wszystkie emocje, które zdążyły się do tej pory nagromadzić. Wśród psychologów dużym uznaniem cieszą się tzw. superwizje, czyli spotkania, podczas których omawiają oni problemy, na jakie napotykają w rozmowach z klientami oraz o ich własnych emocjach z tym związanych. Być może wprowadzenie podobnej formuły do pracy badacza społecznego mogłoby przyczynić się do lepszego poradzenia sobie z emocjami powstałymi w trakcie realizacji badania? Praca w zespole służyłaby więc nie tylko zapewnieniu triangulacji perspektyw czy intersubiektywności, ale miałaby również wymiar wspierający badacza. Brakuje nam bowiem przygotowania psychologicznego do przeprowadzania rozmów na wrażliwe i drażliwe tematy.

Reporterzy podkreślają, że nie da się zrobić dobrego reportażu, czyli takiego, który poruszy czytelnika, bez zaangażowania się. Jednak musi mieć ono granice. Bez nich niemożliwe stałoby się oddzielenie życia zawodowego i życia prywatnego. Wojciech Jagielski mówi: „Zobaczyłem, jak niewiele potrzeba, by komuś pomóc. Z drugiej strony, nie miałem przyzwolenia tych, z którymi żyję, żeby z któregoś wyjazdu wrócić z małym Murzynkiem i powiedzieć: to wasz braciszek. (…) Dlatego wkroczyłem w coś, a potem z tego wyszedłem tak, jak robią dziennikarze. To jest wpisane w egoizm i arogancję tego zawodu. Ważna jest moja opowieść, a nie to, co się stanie z moim bohaterem” (s. 86). I tu dochodzimy do sedna rozterek reportera i badacza. Szukamy, pytamy, rozmawiamy, notujemy, fotografujemy, nagrywamy. Naszym działaniem „mieszamy w głowach” naszym rozmówcom. A po tym wszystkim wyjeżdżamy, a oni zostają, podobnie jak mętlik w ich głowach. To podstawowe pytanie dotykające etyki naszych zawodów: czy mamy prawo wchodzić w butach w życie innych, nieraz mocno poturbowanych przez życie, ludzi, „mieszać” im w głowach, przywoływać bolesne wspomnienia, a potem ich po prostu zostawić? W imię czego to robimy: nauki, prawdy, informacji? Według Anny Bikont, „w reportażu bardzo ważna jest strona etyczna. My wyjeżdżamy z miejsca, o którym piszemy, bohaterowie zostają. Dlatego nikogo nie namawiałam do ujawniania personaliów. Przeciwnie, zawsze zapewniałam, że nie będę o tym pisać, nie powiem nikomu, że u kogoś byłam” (s. 141). Zatem kodujemy dane osobowe, kodujemy też nazwy miejscowości, podajemy tylko znikome dane, które mają wskazać na jej specyfikę, położenie geograficzne itp. Staramy się ochronić rozmówców czy „informatorów”. To podstawa etycznego postępowania w badaniu społecznym. Barbara Pietkiewicz mówi, że zawód reportera nie jest etyczny. Zauważa, iż jest on nieraz zmuszony do stosowania rozmaitych trików, aby porozmawiać z konkretną osobą: „Kiedy pisze się o produkcji czajników, to te wszystkie triki są niepotrzebne. Ale kiedy pracuje się na tak delikatnej materii, jaką jest ludzka psychika, okazują się niezbędne” (s. 115). Wydaje się, że w samym opisaniu całej historii, przedstawieniu różnych perspektyw, ujawnieniu skrywanych wydarzeń czy w próbach naruszenia społecznego, kulturowego tabu uwidacznia się element etyczny, ale Barbara Pietkiewicz kwituje krótko ten pogląd: „Tak się człowiek rozgrzesza” (s. 118).

Pozycja „Reporterzy bez fikcji” powinna dołączyć do kanonu lektur obowiązkowych dla badaczy społecznych, którzy zmagają się z rozmaitymi trudnymi sytuacjami w terenie, rozmawiają z przeróżnymi ludźmi, nie wiedzą, jak radzić sobie zarówno z emocjami swoich rozmówców, jak i ze swoimi. Rozmowy Agnieszki Wójcińskiej nie dostarczają recept i gotowych, sprawdzonych rozwiązań. Czytelnik nie znajdzie tam prostych wskazówek w rodzaju: jeśli wydarzy się A, to zrób B. (I bardzo dobrze, bo w terenie nie ma dwóch identycznych sytuacji.) Znajdzie za to bogactwo doświadczeń polskich reporterów zmagających się z najtrudniejszymi tematami: ludobójstwem, zbrodniami honorowymi, biedą, wykluczeniem, zabójstwami, przemilczaną historią. Doświadczenie to powinno być dla nas niezwykle cenne. Możemy się z niego wiele nauczyć.

Marta Sałkowska